Kiedy słońce chowało się za horyzontem, a nad prerią zaczynał unosić się chłodny wieczorny wiatr, kowboje siadali przy ognisku. Po całym dniu pracy nikt już nie opowiadał o tym, kto złapał najwięcej bydła, ani kto najlepiej strzelał z rewolweru. Rozmowy schodziły na konie. To one były prawdziwymi bohaterami Dzikiego Zachodu.
Pamiętam słowa starego kowboja, który powiedział kiedyś coś, czego nie zapomniałem do dziś:
– Człowieka można oszukać, ale koń nigdy nie da się zwieść. On patrzy prosto w serce.
Im dłużej przebywałem wśród koni, tym bardziej rozumiałem, że miał rację.
Największy podziw budziły mustangi – konie, które wybrały wolność. Ich przodkowie przybyli do Ameryki wraz z europejskimi osadnikami, lecz z biegiem lat część z nich uciekła lub została wypuszczona na wolność. Natura zrobiła resztę. Z pokolenia na pokolenie pozostawały przy życiu tylko najsilniejsze i najbardziej wytrzymałe zwierzęta. Tak narodziły się legendarne stada przemierzające bezkresne prerie.
Kto nigdy nie widział galopujących mustangów, ten nie zrozumie, czym jest prawdziwa wolność. Kilkadziesiąt koni pędzących przez falującą trawę przypomina siłę samej natury. Wydaje się, jakby ziemia drżała pod ich kopytami, a wiatr próbował dotrzymać im kroku.
Ale życie na prerii nie jest romantyczną przygodą. Każdy dzień to walka o przetrwanie. Trzeba znaleźć wodę, świeżą trawę i bezpieczne miejsce na odpoczynek. Zimą konie potrafią rozbijać lód kopytami lub zaspokajać pragnienie, liżąc śnieg. W czasie suszy odnajdują ukryte źródła wody, kierując się instynktem, którego człowiek może im tylko pozazdrościć. Jeszcze bardziej niezwykłe jest jednak to, jak funkcjonuje końskie stado.
Wśród mustangów każdy ma swoje miejsce. Najbardziej doświadczona klacz prowadzi rodzinę do pożywienia i wodopojów, a silny ogier stoi na straży bezpieczeństwa. Kiedy na horyzoncie pojawi się puma albo wilki, nie dochodzi do paniki. Zwierzęta wiedzą, co robić. Klacze osłaniają źrebięta, a ogier odwraca uwagę drapieżników, dając reszcie szansę na ucieczkę. Nie ma tam rozkazów ani krzyków. Jest współpraca. Może właśnie dlatego konie od tysięcy lat uczą ludzi, czym jest zaufanie.
Naukowcy od dawna potwierdzają, że konie są zwierzętami inteligentnymi i niezwykle wrażliwymi. Rozpoznają emocje człowieka, zapamiętują twarze i reagują na ton głosu. Każdy, kto choć raz wszedł do stajni po ciężkim dniu, wie, że koń potrafi wyczuć smutek szybciej niż niejeden człowiek. Czasem wystarczy, że podejdzie, oprze łeb na ramieniu i spokojnie stoi obok. Nie zadaje pytań. Po prostu jest.
To właśnie dlatego konie wykorzystywane są podczas hipoterapii. Kontakt z nimi pomaga dzieciom i dorosłym odzyskać sprawność fizyczną, pewność siebie i spokój. Trudno znaleźć drugie zwierzę, które potrafi tak wiele przekazać bez jednego słowa. Stary kowboj mawiał, że koń nie potrzebuje ludzkiego języka. Wystarczą mu oczy.
Patrząc na stado mustangów można dostrzec jeszcze jedną niezwykłą cechę. Gdy odchodzi jeden z jego członków, pozostałe konie wyraźnie zmieniają swoje zachowanie. Stają się spokojniejsze, mniej chętne do zabawy, dłużej przebywają w miejscu, gdzie ostatni raz widziały swojego towarzysza. To pokazuje, że więzi między zwierzętami są znacznie silniejsze, niż przez wiele lat sądziliśmy. Nieprzypadkowo mówi się, że koń jest przyjacielem człowieka. Przyjaźń jednak nigdy nie rodzi się z przymusu.
Mustanga można oswoić, ale nie da się zmusić do zaufania. Potrzeba cierpliwości, spokoju i szacunku. Człowiek musi udowodnić, że nie jest zagrożeniem. Dopiero wtedy koń sam decyduje, że chce współpracować. To lekcja, która przydaje się nie tylko w stajni.
Dzisiaj mustangi nadal żyją na amerykańskich preriach i są objęte ochroną prawną. Część z nich odławiana jest wyłącznie po to, aby utrzymać równowagę w środowisku naturalnym. Nie przypomina to już dawnych westernów, gdzie kowboje pędzili stada z rozwianymi kapeluszami. Współczesne działania prowadzone są pod nadzorem odpowiednich służb i mają chronić zarówno konie, jak i przyrodę.
Choć westerny rozsławiły mustangi, kowboje doskonale wiedzieli, że nie tylko one były niezastąpione. Wielu z nich wybierało konie rasy Quarter Horse, słynące z niezwykłej szybkości na krótkich dystansach i wyjątkowego wyczucia podczas pracy z bydłem. Inni cenili piękne appaloosy, których cętkowane umaszczenie do dziś zachwyca miłośników koni na całym świecie. A czy w Polsce mamy własne „mustangi”? Oczywiście, że tak.
Nasze koniki polskie od lat żyją w rezerwatach i ostojach przyrody. Są potomkami dawnych tarpanów – dzikich koni zamieszkujących Europę. Nie galopują po amerykańskich preriach, lecz po polskich łąkach, lasach i bagnach. Są mniejsze od mustangów, ale równie odporne i doskonale radzą sobie w naturalnym środowisku. Można je spotkać między innymi w Biebrzańskim Parku Narodowym czy w Popielnie. To dowód na to, że niezwykłe historie nie zawsze rodzą się za oceanem. Czasem wystarczy rozejrzeć się po własnym kraju.
Przez wiele lat spotykałem ludzi marzących o własnym koniu. Wielu z nich uważało, że wystarczy kupić zwierzę i znaleźć dla niego miejsce w stajni. Prawda wygląda zupełnie inaczej.
Koń nie jest motocyklem ani samochodem, który można odstawić do garażu. To żywa istota potrzebująca codziennej opieki, odpowiedniego żywienia, ruchu, wizyt weterynarza, pracy kowala i ogromnej ilości czasu. Właściciel odpowiada za jego zdrowie, bezpieczeństwo i dobre samopoczucie przez wiele lat.
Dlatego zawsze radzę, aby przed zakupem zdobyć doświadczenie. Warto odwiedzać stadniny, pomagać jako wolontariusz, uczyć się od hodowców i instruktorów jazdy konnej. Dopiero wtedy można zrozumieć, jak wielka odpowiedzialność wiąże się z posiadaniem konia.
Jeżeli nie możemy pozwolić sobie na zakup, istnieje jeszcze jedna piękna droga – adopcja. W fundacjach czekają konie starsze, schorowane lub skrzywdzone przez człowieka. Niektóre mają za sobą trudne życie, ale potrafią odwdzięczyć się ogromnym zaufaniem temu, kto okaże im cierpliwość i serce. To często najpiękniejsza przyjaźń.
Kiedy dzisiaj wspominam kowbojskie opowieści, dochodzę do wniosku, że największą lekcją Dzikiego Zachodu nie były pojedynki ani pościgi. Były nią konie. To one uczyły odwagi, lojalności i odpowiedzialności. Pokazywały, że prawdziwy lider nie krzyczy, lecz daje przykład. Że rodzina jest silniejsza od samotności. Że zaufania nie można kupić ani wymusić.
Nieważne, czy będzie to dziki mustang z amerykańskiej prerii, spokojny koń pracujący w polskiej stadninie czy niewielki konik polski spacerujący po rezerwacie. Każdy z nich przypomina nam o czymś bardzo ważnym – przyjaźń rodzi się z szacunku.
Pozdrawiam z kowbojskiego szlaku.
Sheriff Cordell Zbigniew Henciel
Redakcja GL
Źródło: www.gazeta-lubon.pl
Zaloguj się, aby dodać komentarz.
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!