Kiedy tydzień temu w Radomiu sędzia Karol Arys zakończył mecz, a na tablicy świecił wynik 1:3 dla gości, Niels Frederiksen nie pobiegł na murawę. Stanął spokojnie przy linii bocznej, jakby właśnie wygrał sparingowy trening, nie mistrzostwo Polski. Dopiero po chwili cały sztab wbiegł na boisko, polał się szampan, a niemal czternaście tysięcy widzów na stadionie w Radomiu usłyszało śpiew, który niósł się chyba aż do Poznania. Dziś, w sobotę 23 maja o godzinie 17:30, Kolejorz gra ostatni mecz sezonu – z Wisłą Płock na ENEA Stadionie. Ale tym razem o punkty chodzi najmniej. Dziś chodzi o emocje, medale i noc, której Poznań nie zapomni.
Ten sezon przypominał raczej trasę górską niż autostradę. Lech Poznań na podium Ekstraklasy pojawił się dopiero po dwudziestej drugiej kolejce. Wcześniej na fotelu lidera zdążyło zasiąść sześć różnych drużyn – od Radomiaka przez Cracovię aż po Zagłębie Lubin. Kolejorz wskoczył na szczyt w dwudziestej szóstej kolejce i już stamtąd nie zszedł, ale nie było to liderowanie w stylu beztroski – raczej zaciśniętych zębów i meczów, w których jedno trafienie decydowało o wszystkim.
Paradoks tego sezonu? Lech obronił tytuł dzięki wyjazdowej solidności. Trzydzieści dwa punkty zdobyte poza Poznaniem to najlepszy wynik w całej lidze i ponad połowa dorobku drużyny. Żaden inny zespół nie punktował tak skutecznie w roli gościa. Na ENEA Stadionie, gdzie trybuny regularnie wypełniało ponad dwadzieścia siedem tysięcy widzów, Kolejorz wygrał zaledwie siedem z szesnastu spotkań – dopiero dziewiąty wynik w lidze. Można powiedzieć, że to mistrzostwo zdobyte na walizkach.
Ale liczby nie oddają całej prawdy. Szesnaście zwycięstw w sezonie – najwięcej ze wszystkich. Sześć porażek – najmniej. I ten wieczór w Radomiu, szesnastego maja, kiedy po straconej bramce w ósmej minucie drużyna Frederiksena odpowiedziała trzema ciosami. Mikael Ishak wyrównał w szesnastej minucie, Luis Palma po przepięknej akcji z udziałem Pereiry, Walemarka i Bengtssona trafił na 2:1, a w pięćdziesiątej ósmej minucie Patrik Walemark przypieczętował koronację. Dziesiąty tytuł w historii klubu. Drugi z rzędu. Na kolejkę przed końcem.
Sezon zaczął się od marzenia o Lidze Mistrzów. W drugiej rundzie eliminacji Lech urządził islandzkiemu Breiðablikowi pogrom – siedem do jednego w Poznaniu i skromna wygrana jeden do zera na wyjeździe. Osiem bramek w dwumeczu i poczucie, że może tym razem się uda. Nie udało się. W trzeciej rundzie Crvena Zvezda Belgrad okazała się za mocna.
Spadek do Ligi Europy przyniósł kolejny cios – porażka jeden do pięciu z belgijskim Genkiem, najboleśniejsza klęska sezonu. Ale Kolejorz podniósł się z dna w Lidze Konferencji. Zwycięstwo nad Lausanne-Sport, remis z Mainz 05, wygrana w Ołomuńcu – jedenaste miejsce w fazie ligowej dało awans do fazy pucharowej. Lech przeszedł fińskie KuPS Kuopio, wygrywając oba mecze, by w jednej ósmej finału stanąć naprzeciw Szachtara Donieck.
Dwumecz z Ukraińcami był jak miniatura całego sezonu – dramatyczny i bolesny. Przegrana jeden do trzech w Poznaniu, z pięknym golem przewrotką Silvy w końcówce. W rewanżu w Krakowie – bo Szachtar z powodu wojny gra mecze domowe na stadionie Wisły – Lech wygrał dwa do jednego, ale w dwumeczu przegrał trzy do czterech. Blisko, a jednak za daleko. Pucharowy współczynnik UEFA Lecha wzrósł jednak do 27,250, a klub zarobił na pucharach niemal siedem milionów euro.
Przez ostatnie tygodnie nad Bułgarską wisiało jedno wielkie pytanie. Niels Frederiksen miał kontrakt do końca czerwca. Zainteresowanie wykazywał angielski Watford. Media spekulowały, że Duńczyk stawia warunek – klauzulę pozwalającą objąć w przyszłości reprezentację Danii. Kibice nerwowo odświeżali telefony.
Odpowiedź przyszła dzień przed ostatnim meczem, dwudziestego drugiego maja. Frederiksen podpisał nowy, dwuletni kontrakt – do końca czerwca 2028 roku. „Jestem bardzo szczęśliwy. Myślę, że możemy pokusić się o trzeci tytuł z rzędu” – powiedział szkoleniowiec, którego kibice ochrzcili przydomkiem „Zimny” od duńskich idiomów o spokoju i opanowaniu.
Dwa mistrzostwa w dwóch sezonach. Pierwszy zagraniczny trener, który obronił tytuł mistrzowski w polskiej lidze od czasów Michala Vicana w Ruchu Chorzów w połowie lat siedemdziesiątych. Frederiksen trafił do Poznania w czerwcu 2024 roku, zastępując Mariusza Rumaka po rozczarowującym sezonie. Przejął drużynę w trudnym momencie i w ciągu dwudziestu czterech miesięcy zamienił ją w najstabilniejszą maszynę w Ekstraklasie. To informacja, która dla kibiców jest niemal równie ważna jak sam tytuł – bo lato bez Frederiksena oznaczałoby rewolucję, a nie ewolucję.
Wisła Płock przyjeżdża na Bułgarską bez szans na niespodziankę – przynajmniej w tabeli. Beniaminek przegrał cztery mecze z rzędu i w połowie swoich ostatnich dziesięciu spotkań nie zdobył nawet bramki. Bilety na dzisiejszy mecz rozeszły się w ciągu kilku godzin jeszcze w kwietniu. Na trybunach zasiądzie ponad czterdzieści tysięcy widzów, a atmosfera będzie bardziej festiwalowa niż ligowa. To spotkanie, w którym najważniejszy będzie ostatni gwizdek – bo wtedy zacznie się prawdziwe święto.
Około godziny 19:30 na ENEA Stadionie ruszy ceremonia medalowa. Trzydzieści minut później piłkarze z pucharem wsiądą w piętrowy, londyński autobus i ruszą ulicami miasta – Ptasią, Bułgarską, Grunwaldzką – prosto na Plac Świętego Marka na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Teren MTP otwarty będzie od godziny dwudziestej, wejście bramą numer siedem od strony ulicy Bukowskiej. Od dwudziestej pierwszej DJ i transmisja na telebimach z przejazdu autobusu. Piłkarze dotrą na plac między dwudziestą trzecią a północą. Feta potrwa do pierwszej w nocy. Rok temu na MTP świętowało od dwudziestu pięciu do trzydziestu tysięcy kibiców. Dziś ma być jeszcze głośniej.
Wśród gości fety zapowiedział się m.in. Jan Bednarek, wychowanek Lecha i mistrz Portugalii z FC Porto.
Kiedy ucichną fajerwerki, Bułgarska zamieni się w giełdę transferową. Lista potencjalnych odejść jest długa i dotyka kluczowych pozycji. Bartosz Mrozek, bramkarz, który w tym sezonie był filarem drużyny, zgłosił klubowi chęć zagranicznego transferu. Podobne kierunki wskazują doniesienia o Antonim Kozubalu, Michale Gurgulu i Wojciechu Mońce – trzech zawodnikach, którzy mogą latem zmienić ligę.
Osobną historią jest Luis Palma. Honduranin, wypożyczony z Celticu Glasgow, stał się jednym z bohaterów mistrzowskiego sezonu – to on strzelił bramkę na 2:1 w decydującym meczu w Radomiu. Klauzula wykupu opiewa na cztery miliony euro, co byłoby rekordem transferowym w historii Lecha. Sprawa ma się wyjaśnić w najbliższych dniach.
Kończą się też wypożyczenia Plamena Andreeva z Feyenoordu, Timothy’ego Oumy i Taofeeka Ismaheela. Antonio Milić może odejść po wygaśnięciu kontraktu. Na liście wzmocnień klub szuka pierwszego bramkarza, lewego obrońcy, środkowego obrońcy, kilku pomocników i ofensywnego zawodnika. Innymi słowy – praktycznie połowa składu może się zmienić.
Ale zanim ruszy karuzela transferowa, warto uświadomić sobie, co czeka Lecha za dwa miesiące. Jako mistrz Polski Kolejorz wchodzi do drugiej rundy kwalifikacyjnej Ligi Mistrzów – pierwszy mecz odbędzie się już dwudziestego pierwszego lub dwudziestego drugiego lipca. Losowanie zaplanowano na siedemnastego czerwca w szwajcarskim Nyonie.
Lech będzie rozstawiony, a potencjalnymi rywalami mogą być mistrzowie mniejszych lig – islandzki Vikingur Reykjavík, duński Aarhus, szwajcarski FC Thun czy szwedzkie Mjallby. Brzmi do przejścia? Rok temu też tak wyglądało, a trzecia runda z Crveną Zvezdą okazała się murem nie do przeskoczenia. Trzy rundy kwalifikacyjne to trzy dwumecze w ciągu sześciu tygodni – a kadra Lecha może być w tym czasie w pełnej przebudowie.
Jest jednak pozytywny sygnał. Przejście pierwszej przeszkody dałoby Lechowi pewną fazę ligową Ligi Konferencji jako siatkę bezpieczeństwa. W trzeciej i potencjalnie czwartej rundzie Kolejorz będzie rozstawiony. A pucharowy współczynnik 27,250 – drugi najwyższy wśród polskich klubów po Legii – daje lepszą pozycję startową niż kiedykolwiek wcześniej.
Kluczowe pytanie brzmi: czy Lech zdąży zbudować kadrę, zanim ruszy na europejski front? Okno transferowe zamyka się dopiero drugiego września, ale kadrę na puchary trzeba zgłosić pod koniec sierpnia. Oznacza to, że zarząd ma realnie około dziesięciu tygodni na przeprowadzenie kilkunastu transferów i zbudowanie drużyny zdolnej walczyć na dwóch frontach.
Dzisiejszego wieczoru, gdy londyński autobus skręci z Grunwaldzkiej na teren MTP, a kilkadziesiąt tysięcy gardeł zacznie skandować, warto się na chwilę zatrzymać. Lech Poznań czekał na dziesiąty tytuł sto cztery lata. Trener, który go wywalczył, przed dwoma laty był w Polsce nikomu nieznany. Kapitan strzelców Mikael Ishak – Szwed, który w Poznaniu znalazł dom – ma na koncie szesnaście ligowych bramek w tym sezonie i dwadzieścia sześć we wszystkich rozgrywkach. A sezon, który skończył się koronacją na wyjeździe w Radomiu, zaczął się od pogromu siedem do jednego z Islandczykami i marzenia o Lidze Mistrzów.
To marzenie wraca za dwa miesiące. Ale dziś jest wieczór, w którym liczą się tylko medale i droga z Bułgarskiej na Targi. Reszta może poczekać do poniedziałku.
Źródło: tenpoznan.pl
Zaloguj się, aby dodać komentarz.
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!