Banner
Newsy 29.10.2026 11:00 przez Redakcja 7 min czytania 6 wyświetleń

Wszyscy ogłaszają sukces, choć nikt nie może stworzyć rządu. Arabowie zaskoczyli

Wszyscy ogłaszają sukces, choć nikt nie może stworzyć rządu. Arabowie zaskoczyli

Wybory parlamentarne w Izraelu odbyły się we wtorek. Do środowego południa zliczono 84 procent głosów i wyniki są dość jasne. Choć do przeliczenia pozostało około 650 tysięcy tak zwanych "podwójnych kopert", czyli w praktyce głosów żołnierzy i więźniów. Ostateczne wyniki mają być znane w piątek rano. Sytuacja nie powinna się już istotnie zmienić, co najwyżej o pojedyncze miejsca w parlamencie. Frekwencja była wyjątkowo wysoka - wyniosła 77 procent, co jest wynikiem niewidzianym od 1999 roku.

Jak to często się dzieje na izraelskiej scenie politycznej pełnej niewielkich partii, wybory skończą się sytuacją patową. Przed krajem teraz tygodnie albo nawet miesiące negocjacji i zakulisowych gier, aby jakoś zebrać większość rządową.

Kluczowe wnioski są takie, że rządząca do tej pory prawicowa koalicja Benjamina Netanjahu straciła większość w Knesecie. Jak wynika z dotychczas zebranych danych, może liczyć na 54 miejsca w 120-osobowej izbie. Jego własna partia, Likud, pozostała najpopularniejszą w Izraelu i uzyska zapewne 27 mandatów.

Koalicja liberalnych, centrowych i lewicowych partii opozycyjnych osiągnęła wynik pozwalający jej liczyć na 49 miejsc w Knesecie. Jej największą partią jest nowo utworzona Yashar pod przewodnictwem aktualnego lidera opozycji, byłego szefa Sztabu Generalnego Gadi Eisenkota. Powinna dostać 22 mandaty.

Pomiędzy oboma blokami partii żydowskich są dwie partie arabskie, które osiągnęły bardzo dobry wynik i dostaną prawdopodobnie 17 miejsc w Knesecie. Izraelskie media określają to jako "bezprecedensowe" wydarzenie.

Powyższe wyniki oznaczają, że nikt nie jest w stanie objąć władzy samodzielnie. Większość potrzebna do utworzenia rządu to 61 mandatów. Blok rządowy i opozycyjny łatwo mogłyby ten próg osiągnąć, wyciągając rękę do Arabów. Jednak ze względu na wydarzenia ostatnich lat, poczynając od krwawego ataku terrorystycznego Hamasu w październiku 2023 roku po późniejszą wojnę w Strefie Gazy, zwłaszcza partie żydowskie są bardzo niechętne takiej współpracy. I to nie tylko prawicowy blok Netanjahu, ale nawet szereg opozycyjnych partii, które składały podczas kampanii obietnice, że nie będą wchodzić w koalicję z partiami arabskimi.

Pomimo tego ewidentnego pata, wszyscy główni gracze ogłosili sukces. Netenjahu świętuje dobry wynik własnej partii i przewagę swojej koalicji nad opozycją, bo osiągnęła rezultat znacząco lepszy od podawanego w sondażach przed wyborami. Zwłaszcza w tych publikowanych przez niechętne mu media liberalne sugerowano, że w rejonie zdobędzie jedynie 20 mandatów, a blok opozycji będzie mieć wyraźną przewagę nad blokiem rządowym.

- Pierwsza kwestia, która jest oczywista to, że Likud jest największą partią w Izraelu. To nie ulega dyskusji. Druga - że nasz prawicowy blok ma poparcie wyraźnej i zdecydowanej większości w żydowskim społeczeństwie i wśród tych wszystkich, którzy popierają państwo Izrael. To stało się jasne. Zdecydowaną większość - powiedział Binjamin Netanjahu w pierwszym publicznym komentarzu po wyborach. - Wobec powyższego powtórzę, że musimy sformować silny, narodowy rząd prawicowy. To musi się stać. Jest po prostu niedopuszczalne, aby formować rząd, który będzie oparty o partie arabskie. Partie, które sprzeciwiają się naszej egzystencji, które uznają Hamas za organizację dobroczynną i które nazywają naszych żołnierzy zbrodniarzami - kontynuował.

Gadi Eisenkot, polityczny rywal obecnego premiera Izraela, nie zadeklarował jednoznacznego zwycięstwa swojej partii, bo liczby mu na to nie pozwalają. Jego ugrupowanie osiągnęło wynik podobny do zakładanego przez sondaże, które dawały mu 20-24 miejsca w Knesecie. Jednak jego trzej koalicjanci poradzili sobie nieco gorzej, niż przewidywano, więc wynik bloku opozycji nie wywołał entuzjazmu jej zwolenników.

Eisenkot zadeklarował jednak, że wyniki wyborów "jasno pokazują", iż Netanjahu stracił mandat do rządzenia i musi ustąpić. - Społeczeństwo wybrało zmianę. Koalicja porażki straciła zaufanie ludzi. Izraelczycy zagłosowali przeciw Netanjahu pozostającym premierem - powiedział lider opozycji. – Przywódca godzien tego określenia uszanowałby wolę ludu i jeszcze dzisiaj wycofał się z życia politycznego – dodał. Eisenkot zadeklarował przy tym chęć stworzenia silnego "syjonistycznego" rządu, pośrednio potwierdzając wyborcze obietnice niewchodzenia w koalicję z partiami arabskimi. Trudno jednak stwierdzić, jak miałby to osiągnąć przy takim założeniu.

Yousef Jabareen, przywódca największej partii arabskiej o nazwie "Zjednoczona Lista" jasno zadeklarował natomiast chęć wsparcia każdego, kto będzie chciał obalić rząd Netanjahu. - Każdy, kto chce zaoferować realistyczną alternatywę dla niego, będzie musiał z nami rozmawiać, aby stworzyć drogę do zmiany, której tak pragnie izraelskie społeczeństwo - powiedział. - Mamy do wyboru albo kontynuację rasizmu, wykluczenia i dominacji, albo prawdziwe partnerstwo arabsko-żydowskie - mówił.

Oznacza to, że ewidentnie rysuje się perspektywa pata. Ani blok rządowy, ani opozycyjny nie mają większości i jest znikoma szansa, aby ją miały. Oba nie chcą dokooptować do swoich koalicji partii arabskich. - Arabowie są największą niespodzianką tych wyborów. Udowodnili, że są bardzo silnym graczem i że wszystkie strony muszą brać ich pod uwagę - mówi Gazeta.pl Michael Milstein, wykładowca uniwersytetu w Tel Awiwie, politolog i były pułkownik wywiadu wojskowego Izraela. - Jednak obecnie jakiekolwiek relacje polityczne z nimi wydają się bardzo problematyczne. Oczywiście dla Netanjahu, który trzyma się polityki niewspółpracowania z Arabami i nieopierania się na ich poparciu, ale także dla Eisenkota, który obiecywał to samo - dodaje.

Nadchodzi więc czas intensywnych manewrów, negocjacji i prób przeciągania kogoś z przeciwnego obozu do siebie. Coś, co Izraelczycy bardzo dobrze znają od dekad, bo rozdrobniona scena polityczna z licznymi partiami tworzącymi skomplikowane koalicje to już stan naturalny. Emocje są jednak tak rozgrzane a podziały tak głębokie, że tego rodzaju manewry będą teraz szczególnie trudne. Blok rządowy to partie prawicowe albo skrajnie prawicowe. Ideologicznie niechętne partiom centrowym i lewicowym, nie wspominając o arabskich. Z drugiej strony koalicja opozycyjna szła do wyborów z jednym fundamentalnym przesłaniem: obalić Netanjahu. To ono de facto trzyma ją razem. Trudno sobie więc wyobrazić, aby dało się w niej znaleźć wielu chętnych do przejścia do obozu premiera. Dla opozycji trudno będzie natomiast wchodzić we współpracę z Arabami, nawet bez formalnego dokooptowania ich do koalicji, ale jedynie z ich wsparciem dla rządu mniejszościowego.

Zdaniem Milsteina realne są trzy scenariusze:

Jak pisze natomiast zajmujący się Bliskim Wschodem dziennikarz magazynu "NEW Online" Jarosław Kociszewski, zarówno Netanjahu, jak i Eisenktowi trudno będzie utworzyć w tych warunkach rząd. Nie można przy tym wykluczyć rządu jedności narodowej bez Netanjahu na czele, bo być może znalazłby się szerszy front gotów poświęcić wywołującego potężne podziały premiera na rzecz władzy. Zdaniem Kociszewskiego też byłoby to jednak trudne, bo Likud jest bardzo wierny wobec swojego szefa. - Obstawiam zatem wybory wiosną, chyba że w najbliższych miesiącach ktoś te trudności pokona - stwierdza ekspert we wpisie na "X".

Wynik wyborów pokazuje też jasno, jak bardzo Izraelczycy są podzieleni w kwestii przyszłości swojego kraju. Głosowanie było bowiem w znacznej mierze plebiscytem na temat oceny rządów Netanjahu i kursu, na jaki skierował państwo. Jak Milstein mówił w sierpniu w rozmowie dla "Magazynu Wyborczej", Izrael stoi na rozdrożu. Te wybory i następny rząd dotyczą fundamentalnych pytań o to, jakim ma być państwem. Czy takim jak jeszcze niedawno, czyli próbującym godzić swoje różnorodne społeczeństwo, czy jednak państwem tylko dla Żydów z poglądami prawicowymi, lub wręcz nacjonalistycznymi i ortodoksyjnymi. Wykluczającym tych myślących inaczej. Do tego permanentnie wojującym ze wszystkimi sąsiadami i opierającym swoje bezpieczeństwo wyłącznie na sile.

Cały wywiad możesz przeczytać tutaj

Wyniki głosowania pokazują, że większości Żydów aktualny kurs wydaje się odpowiadać. Choć nie większości obywateli. Jednak ze względu na horror 7 października 2023 roku współpraca świeckich i liberalnych Żydów z izraelskimi Arabami nadal jest niemożliwa albo co najmniej skrajnie trudna. Stawka rozpoczynających się właśnie manewrów politycznych jest więc bardzo wysoka.

Źródło: wiadomosci.gazeta.pl

Udostępnij artykuł

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!